Dzień rozpoczął się o 11;46. Obudził nie telefon wibrujący w niezidentyfikowanym miejscu. Zdezorientowana i mająca nadzieje że to wiadomość od szanownego L. rozpaczliwie poszukiwałam urządzenia. Po 5 minutach walki z zaklejającymi się oczami odnalazłam aparat i dowiedziałam się że to niestety nie to czego oczekuję. Po krótkim ale owocnym wmawianiu sobie że snu na dziś już dość usiadłam przy komputerze. Odbyłam krótki kurs na temat: „Czym różni się wiara w Boga od wiary w konia na wrotkach?” z czego jestem bardzo zadowolona, poczym udałam się na śniadanie.
Niefortunnie wylądowałam w łazience, a następnie w INTER MARCHE. Tam zakupiłam 3 jogurtowe czekolady z alpejskiego mleka i snikersa oraz zeszyt do zapisywania snów. Nie obyło się również bez długopisu, bo podobno sennik powinno pisać się oddzielny pisadłem.
Dałam sobie w żyłę tego co mi było trzeba i zaczęła walczyć z bólem brzucha. Usiłowała sobie przypomnieć co jadłam. Niestety bezowocnie. Jednak barak mamy uderzył mnie bardziej niż myślałam.
Rower z Krzysiem jak zwykle był wykańczający i miły. Dużo zdjęć przewinęło się przez aparat i wiele ślimaków przez moje ręce.
Pod względem wiary nic się nie zmieniło. Nadal wisze gdzieś między wyznaniami. Świadomość podczas snu też nie wychodzi choć głównie dlatego że co innego zaprząta mi głowę. Sukcesem jest jednak to że nauczyłam się wreszcie nagłosów i wygłosów oraz piosenki. W poniedziałek zarzucę na was sieć mojego” Nǐ wèn wǒ ài nǐ yǒu duō shēn”.
Niestety nie udało i się zrozumieć matematyki ale koniec tygodnia zaliczam do udanych.
Mam nadzieje że przyszły tydzień będzie pozornie najdłuższym w moim życu. Szkoła będzie pusta bez tych trzecioklasistów mających zwykle wszystko gdzieś, a dokładnie w dupie.
A no i kolejne dwa sukcesy o których zapomniałam:
1.Opanowuję wreszcie technikę pisania od zaraz.
2. Pozbyłam się zalegających od dwóch miesięcy koło śmietnika papapierów.
Categories: